NEO w Detroit – czyli relacja na rocznice…


Wow, aż sam nie wierzę, że od ostatniego wpisu minęło już ponad dwa trzy (sic!) lata. Opisywane zdarzenia to lipiec 2010, wpis w dużej części powstał w październiku, no a publikuję go dopiero w lipcu 2011… Najpierw Jasio okazał się być dzieckiem bardzo absorbującym uwagę :) potem zmiany, które zresztą do dziś się trwają nie pozwalały na tworzenie nowych wpisów. Potem nastał czas wykańczania (czy mnie czy domu to trudno stwierdzić :) ), czas Kazimierza, potem ogrodu, itp, itd…
Na początku kwietnia zeszłego roku wróciliśmy do Polski, mieszkamy sobie w cudownym Baninie, a weekendami czasami korzystamy z dobrodziejstw autostrady.
Mam też nowego pracodawcę, który to właśnie wysłał mnie rok temu na NEO (New Employer Orientation) do Detroit, MI, do głównej siedziby firmy. I o tym będzie ta historia… :)

Zaczęło się od spokojnego przelotu GDN-FRA-DTW. Na którym to nie działo się nic ciekawego poza kilkoma spojrzeniami na Grenlandię.

Po wylądowaniu zaczęły się dziać rzeczy trochę bardziej interesujące. Najpierw drobiazgowe wpuszczanie do USA każdego „nieobywatela”, potem jeszcze kontrola bagaży (która dla mnie byłą tylko „Some sweets? OK, have a nice day” – ale w kolejce stać trzeba było…), i juuuż po godzinie opuszczamy lotnisko. Potem typowo amerykańską furgonetką pomknęliśmy 15 mil do hotelu usytuowanego prawie w downtown. Po drodze kreślone z rozmachem drogi i wiele flag :) . Po przybyciu do hotelu w oczy rzucają się wysokie budynki downtown i przyjazna obsługa. Potem, aby trochę oszukać jetlag idziemy coś zjeść do greektown, jedynego miejsca w centrum Detroit, które tętni życiem… reszta to biurowe odludzie, pustynia, gdzie nic się nie dzieje. W greektown są restauracje i kasyna. Od razu też poznajemy znaczenie słowa „normalna porcja” w Ameryce. Wszystkiego było dużo, ceny znośne, no i wszystko bardzo dobre. Widząc to przestaje się człowiek dziwić dlaczego stereotypowy Amerykanin ma nadwagę.

Następny dzień (nd, 19 lipiec) to trochę szalona wycieczka do Chicago. Szalona, bo mieliśmy tylko ten jeden dzień wolny, a do Chicago jest 4.5 godziny jazdy. Wyszło na to, że spędziliśmy tam tylko ok. 5 godzin. Ale po kolei. Najpierw bogate i sute śniadanie (powoli się przyzwyczajamy), wszyscy się dziwili, że jedzą, jedzą, a nie mogą się najeść. Po namyśle wyszło na to że 7 rano tamtego czasu to akurat czas naszego obiadu i zagadka została rozwikłana. Potem pomknęliśmy dogde’em chargerem i już po 4.5 godzinie byliśmy na miejscu :) Przez pół godziny było ciekawie: jechaliśmy przez miasto, a potem autostrada z typowymi amerykańskimi ciężarówkami oraz kierowcami jadącymi 200 km na jednym pasie dokładnie z przepisową prędkością. Zmuszało nas to nas, Europejczyków, wychowanych na polskich drogach (a właściwie Janusza, który prowadził, a którego wychowała „siódemka”, GDN-WAW) to częstej jazdy slalomem i wydobywania jakiejkolwiek mocy z zaskakująco mułowatego 2.7V6… Może gdyby dać mu europejskie paliwo (tamto ma standardowo 87 oktanów) i manualną skrzynie to mogło by się fajnie jeździć. No i przez następne 3 godziny było nudno, bo obrazki za oknami niewiele się zmieniały. Ożywienie wprowadził dopiero majaczący nad horyzontem Sears Tower (który to się nazywa obecnie Willis Tower) i rozszerzająca się autostrada – zbliżaliśmy się do Chicago. Potem spotkaliśmy naszą przewodniczkę, koleżankę ze studiów Sławka. Dzięki niej nie straciliśmy połowy z naszych 5 godzin na szukanie miejsca parkingowego i błądzenie w poszukiwania czegoś ciekawego… Do centrum pojechaliśmy metrem, było parno, przechodziła burza, ale jakoś to nam nie przeszkadzało, czas gonił :) . Po wyjściu z metra zaczęło się zadzieranie głowy do góry, wieżowce były wszędzie. Wjechaliśmy na jeden z nich – Hancock Center. Podobno jest tam jedna z najszybszych wind w stanach (świecie?), 45 sekund zajął wjazd na 95 piętro, ok. 300 metrów nad ziemią. Widok z góry świetny… panoramiczne szyby dookoła całego budynku. Budynek niższy tylko od Willis Tower, który jest dość daleko, więc nic nie zasłania widoku. Na wikipedii piszą, że widać up to four states and over 80 miles. Nie wiem czy tyle widziałem, ale widać naprawdę dużo, zresztą widać to na zdjęciach…

Chicago cz. I
Chicago, cz. 1 »

Po zjechaniu na dół, udaliśmy się zatłoczoną, żywą i kolorową Michigan Av. na południe. Po drodze było np Niketown, o którym to czytało się kiedyś w relacjach z meczów Bulls i wyczynów MJa. Akurat kręcili Transformers 3, część centrum była zamknięta, nie dało się np. przejść jednym ze zwodzonych mostów na którym to leżały sobie samochody. Trzeba się będzie zmusić i przewinąć ten film jak wyjdzie, żeby zobaczyć jak to wyszło :) Potem był millenium park, bardzo przyjemne miejsce z ciekawymi elementami, m. in. lustrzaną fasolką. Potem dalszy spacer, wśród drapaczy chmur. No a potem trzeba było już jechać coś zjeść i w kierunku samochodu. Przewodniczka stada wybrała nam restaurację w pobliżu stadionu Cubs (Wrigley Field), a akurat mecz był i akurat trochę kibiców jechało z nami metrem. Potem jeszcze chwila w taksówce. Jechaliśmy z jakimś meksykańcem, które przez całą drogę rozmawiał z kimś przez telefon na głośnomówiącym po hiszpańsku i jeszcze myślał, że rozumiem co mówi… No nic, pożegnanie, samochód i 4.5h z powrotem… Nie dajcie się jednak zmylić – wszyscy uznali, że zdecydowanie było warto. Chicago robi naprawdę dobre wrażenie i szybko można poczuć kipiącą z tego miasta amerykańskość. No i naprawdę – jak ktoś się pytał, jak tam jest mówiłem – jak w filmach :) I tak jest naprawdę.

Chicago cz. II
Chicago, cz. 2 »

Potem już nie było tak fajnie. Zaczęło się dwudniowe szkolenie. Nawet nie było nudno, w międzyczasie amerykańskie jedzenie, a na koniec dnia, coś jakby bankiet, gdzie posiedzieliśmy i pogadaliśmy z głównymi szychami (CEO, CTO, vice presidenci) w naszej firmie. I tu też wyszła „amerykańskość” – wszyscy zachowywali się bardzo po ludzku i generalnie nie czuć było prawie przepastnej różnicy w stanowiskach. Po szkoleniu skończyliśmy gdzieś w greektown z grupą miejscowych nowych pracowników (goście uznawali się za miejscowych, nawet jak mieli godzinę drogi do domu) W jednej restauracji zdarzyło się, że kelner spędzał z nami 10 minut opowiadając o swoim życiu…

We wtorek znowu szkolenie rano, a potem uwaga, uwaga – mecz bejsbola :) To niestety jedyna zawodowa liga w stanach, które grała akurat w czasie naszej wizyty… a stadion mieliśmy 500 metrów od hotelu, trzeba było iść. Szkoda tylko, że nie dane mi było zobaczyć meczu NBA, albo chociaż NHL… co zrobić. Comerica Park na którym był mecz – pojemność 45tyś, zapełniona może w 1/3, może trochę bardziej. Przeciwnik Texas Rangers, niestety okazał się za silny bo wygrał z miejscowymi do zera, osiem do zera. Nie dane nam więc było usłyszeć ryku tygrysa po zdobyciu punktu przez miejscowych (na wikipedii piszą, że coś takiego tam jest :) ) Generalnie kibiców praktycznie to nie wzruszyło, tam na mecze chodzi się jak na pikinik. Hot-dog, chipsy, piwo, gadka, a mecz to może spojrzą jak coś się dzieje. No i bejsbol sprzyja takiemu zachowaniu, generalnie na meczu jest dość nudno i gdyby nie rzeczy dodatkowe łatwo można by zasnąć.

Mecz
Mecz »

W ostatni dzień nikt z moich towarzyszy podróży nie miał ochoty na wyjazd do centrum handlowego, niestety trzeba było przejechać ponad 15 mil do najbliższego. Stanęło więc na tym, że pozwiedzaliśmy centrum Detroit. Dotarliśmy nad rzekę, weszliśmy do siedziby GM, a na koniec zjadłem prawdziwego, amerykańskiego burgera, z 12oz. mięcha, bekonem i frytkami. Porcje duże, jedzenie relatywnie tanie, a do tego jeszcze wszystko naprawdę dobre… gdybym został tam na dłużej pewnie przyjechałoby mnie kilka kilo więcej.

Detroit
Detroit »

Na koniec podróż na lotnisko, które generalnie jest dość małe, obsługuje głównie loty wewnątrz stanów. Na szczęście udało mi się dostać w samolocie miejsce przy wyjściu, więc długa podróż minęło mi dość wygodnie. Potem skok do Gdańska i… po 24h bez snu trafiam na najgorętszy dzień lata, 36 stopni… żeby jakoś wytrzymać do wieczora spędziłem 2h w Galerii Bał. i potem jeszcze chyba z godzinę w samochodzie z klimatyzacją.

No i koniec wyjazdu…

Wypadało by jakoś to podsumować – tak, w stanach rzeczywiście jest jak w filmach :) , przed pojechaniem tam jakoś w to nie wierzyłem. I gdzieś w powietrzu wisi ta mentalność – patrzenie na świat pozytywnie, wszystko jest możliwe. Ludzie strasznie otwarci, pomocni, mili. Poza tym czuć, że tam można sobie dobrze żyć. No i ich filmy muszą mieć patos, bo tak się te sprawy tam postrzega, USA to najwyższe dobro, a to co się dzieje na zewnątrz nie jest aż tak ważne. No i generalnie stany mi się podobały, choć przed wyjazdem myślałem, że będzie inaczej. Dużo lepiej czułem się tam niż w Azji. No ale to subiektywne odczucie.

To by było na tyle, może uda mi się czasem wrzucić tutaj coś nowego zanim miną dwa, albo trzy lata. Choć to, zważywszy na okoliczności, może być znowu dość trudne… ;)

2 myśli nt. „NEO w Detroit – czyli relacja na rocznice…

  1. Reasumujac:
    moje zarcie jest do dupy i dlatego jestes taki szczuply….,
    druga sprawa – zapomniales dodac, jak to zonie nic, tak, tak NIC nie przywiozles….

  2. To są zbyt daleko posunięte insynuacje! :) Nigdy w życiu by mi taki wniosek do głowy nie przyszedł… Napisałem, że wróciłbym grubszy bo wszystkiego jest pełno, jest niezdrowe i łatwo wchodzi, a nie dlatego, że normalnie to głoduje… trzeba się było do zdjęć ograniczyć :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>