
Wersja Adama (poniżej), jak zawsze jest w rozowych barwach, zupelnie, jakby nam nigdy zadne przygody sie nie przydazaly. Totez moje wspomnienia sa nieco inne
Ja nie pamietam, gdzie my bylismy, a gdzie nam sie dotrzec nie udalo. Nie mam do tego glowy i tak juz chyba bedzie zawsze.
Auto bylo wiejskie na maxa, aczkolwiek potrafilo, jak chcialo pokazac, ze nie na darmo nazywalismy je ironicznie od poczatku autem ‘sportowo – terenowym’. Pewnego dnia, zdaje sie, ze ostatniego w okresie wypozyczenia, nagle dostalo takiego speeda, ze wyprzedzilismy 7 aut z rzedu (oczywiscie nie pod gore…), a nawet wlasnie pod mega wielka gore – rower. Miejsca, ktore odwiedzalismy byly raz bardziej, raz mniej fajne. Wszedzie wcinalismy musake, ktora i tak najlepsza byla w naszej miejscowosci. Zanim Adam, niczym zolwik nr 1 wygrzebal sie w lozka, to zawsze bylo juz poludnie, a co za tym idzie, zanim gdzies dojechalismy, to akurat sjesta sie zaczynala, wiec kicha, nic sie nie dalo zobaczyc tak, jak trzeba. Ale nie narzekalam nic a nic, bo ja turystow klebiacych mi sie nad glowa nie znosze.





